Rozmawiamy z Oskarem Boberem, który w minionych rozgrywkach wraz Wiktorem Lampartem tworzył juniorską parę Speed Car Motoru Lublin.

Jakbyś podsumował sezon 2018 pod względem drużynowym?
Zakończyliśmy go happy-endem, bo w bardzo fajnym stylu awansowaliśmy do PGE Ekstraligi. Scenariusza na ten sezon nie mogliśmy wyobrazić sobie w bardziej kolorowych barwach. Mieliśmy super doping i stadion pełny kibiców niemal na każdym meczu. Atmosfera była świetna, podobnie jak praca wszystkich ludzi w klubie.

A jak rozgrywki wyglądały dla ciebie indywidualnie?
Na pewno chciałem osiągnąć trochę więcej w mistrzostwach Polski i w mistrzostwach świata. Bezpośrednią przepustką do drugiej z tych imprez był Finał Srebrnego Kasku, który rozegrano w Lublinie. Nie udało mi się jednak wtedy awansować, bo zepsułem jeden wyścig i wypadłem z rywalizacji. Natomiast w finale MIMP w Częstochowie pojechałem dosyć przeciętnie. Indywidualnie nie był to wymarzony sezon. Pod względem dorobku punktowego zostałem drugim juniorem Nice I Ligi Żużlowej. Przed sezonem moim celem było pierwsze miejsce w tej klasyfikacji, ale miałem bardzo dużą konkurencję w postaci Wiktora Lamparta, którego nazywam „młodym Hancockiem”. Cóż, nie było najgorzej, ale mogło być lepiej.

Od początku czułeś, że zespół stać na awans?
Naszym podstawowym celem była kwalifikacja do fazy play-off. Na papierze ta drużyna wyglądała bardzo solidnie i każdy zdawał sobie z tego sprawę. Miejsce w półfinałach zapewniliśmy sobie dosyć wcześnie, bo już na kilka meczów przed zakończeniem rundy zasadniczej. Kiedy mieliśmy serię 10 zwycięstw z rzędu, to pewnie wtedy każdy z nas pomyślał „Dlaczego nie? Wykorzystajmy to, co niesie nam los”.

Co twoim zdaniem było siłą Speed Car Motoru w minionym sezonie?
Myślę, że wyrównany skład. Powtarzałem to wielokrotnie w różnych wywiadach, że jeżeli ktokolwiek z drużyny zawalił dany bieg, to koledzy wypełniali po nim luki. Jeżeli np. któryś z liderów miał swoje problemy, to za niego wskakiwała druga linia i odwrotnie. Dlatego niemal w każdym biegu punktowaliśmy i nie było tak, że jak nasz lider miał słabszy dzień, to nikt nie jechał i dostawaliśmy baty, przegrywając różnicą 30 punktów. W każdym biegu szarpaliśmy i uzupełnialiśmy się wzajemnie.

To niesamowite, że jeszcze w 2016 roku Lublina nie było na żużlowej mapie Polski, a już za kilka miesięcy pojedzie w najlepszej żużlowej lidze świata…
Napisaliśmy historię, której nikt się nie spodziewał. Dwa awanse w dwa lata to super sprawa. Aż strach się bać, co będzie za rok, skoro tak to wszystko dobrze idzie. W 2017 roku od razu wiedzieliśmy, że musi być awans za wszelką cenę. W minionym sezonie nie było aż takiej presji na promocję na wyższy szczebel, mimo to, udało się awansować, a takiej sztuki to chyba nikt jeszcze nie dokonał. Ten klub się odrodził się i pokazuje swą moc. Z każdym rokiem jest coraz silniejszy. To pokazuje jak fajnie można zbudować wszystko od zera i się rozwijać. A można dokonywać takich rzeczy jeśli jest odpowiednie zarządzanie i właściwi ludzie na właściwych stanowiskach.

Pod koniec sezonu miałeś przerwę od ścigania, ale wróciłeś do składu na rewanżowy mecz finałowy z ROW-em Rybnik. Dobry występ w tym spotkaniu musiał być dla ciebie szczególnie ważny…
Zdawałem sobie z tego sprawę, że zawaliłem i w pewnym momencie zawiodłem. Na szczęście, nie odbiło się to na całym wyniku drużyny. Wróciłem na najważniejszy mecz i dołożyłem cegiełkę do awansu. Cóż, podczas okresu kiedy pauzowałem od jazdy to wiedziałem, że gdy pojadę w rewanżowym finale to presja będzie na mnie duża. Czułem, że jeśli dobrze się zaprezentuje to pomogę zespołowi, ale gdyby nie wyszło, to wszystko wyleje się na Bobera, bo wiadomo, że zabrakło moich punktów w Rybniku. Bardzo zależało mi na awansie i tylko to się dla mnie liczyło. Dlatego cieszę się, że go wywalczyliśmy. To był ciężki mecz pod względem psychicznym. Wiedzieliśmy, że musimy odrabiać straty i każdy bieg jest bardzo ważny i nie możemy sobie pozwolić na głupie gubienie punktów. Porażka w Rybniku zmobilizowała zarówno mnie, jak i resztę chłopaków do walki od pierwszego biegu. Na szczęście, udało się.

Czy PGE Ekstraliga będzie dużym wyzwaniem dla Speed Car Motoru?
Myślę, że nie będzie problemów pod względem organizacyjnym czy marketingowym, bo klub już pokazał, że potrafi profesjonalnie funkcjonować i jest przygotowany na Ekstraligę. Na ten moment ciężko coś powiedzieć, bo nie wiadomo jeszcze jacy zawodnicy będą w składzie, a to na nich będzie spoczywać duża odpowiedzialność za wynik sportowy.

Sponsorem biura prasowego jest: