Rozmawiamy z Robertem Lambertem, który przez ostatnie trzy sezony występował w naszym klubie, a w 2020 roku będzie bronił barw PGG ROW Rybnik.

Czy po trzech latach spędzonych w drużynie „Koziołków” będziesz odczuwał sentyment do naszego miasta i klubu?
Zdecydowanie tak. Motor to zawsze będzie mój pierwszy klub w Polsce i odejście z niego nie było łatwe. Kibice w Lublinie mnie znają, a ja ich bardzo szanuje, bo są fantastyczni i zawsze dawali mi ogromne wsparcie, zarówno po lepszych, jak i gorszych występach. Myślę, że część fanów wciąż pamięta mecze w II. oraz I. lidze, gdy zdobywałem dużo punktów  i pomagałem drużynie w awansach. Spędziłem w Lublinie wspaniałe trzy lata. Lubelscy kibice są wyjątkowi i zupełnie różnią się od innych. To ich doping oraz wiara pchały nas do przodu. Dziękuję im za wszystko.

Za tobą debiutancki sezon w najlepszej żużlowej lidze świata. Poziom ekstraligowy cię zaskoczył, czy był taki, jakiego się spodziewałeś?
Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że poziom będzie bardzo wysoki. Największym problemem były dla mnie występy na pozycji nr 8, które sprawiły, że straciłem trochę pewności siebie. Rozpoczynanie jazdy dopiero w połowie meczu nie ułatwia zdobywania punktów i jest trudne dla każdego zawodnika. Ciężko jest rywalizować z żużlowcami, którzy już mają za sobą jeden lub dwa odjechane wyścigi w meczu, ponieważ oni zdążyli lepiej poznać tor i odpowiednio przełożyć swoje motocykle. A czasami bywało nawet tak, że czekasz na pozycji nr 8, a otrzymujesz szansę tylko w jednym biegu lub też dopiero w ostatnim swoim wyścigu znajdujesz właściwe ustawienia. Wydaje mi się, że żużlowcy wystawiani w normalnym składzie mogą się lepiej przygotować do każdego spotkania. Mimo wszystko, chciałem zostać w PGE Ekstralidze, bo wydaje mi się, że na tym poziomie nauczyłem się znacznie więcej niż w innych rozgrywkach w poprzednich latach.

Jak możesz podsumować miniony sezon?
Pod względem indywidualnym był dla mnie raczej rozczarowujący. Poprzedni miałem zdecydowanie lepszy, ponieważ regularnie w nim punktowałem i utrzymywałem dobrą dyspozycję oraz efektywność niemal w każdym spotkaniu. Wówczas wszystko działało tak, jak należy. W minionych rozgrywkach było mi znacznie trudniej odnaleźć odpowiednią formę. Wydaje mi się, że dużo sprowadzało się do kwestii pewności siebie. Kiedy masz za sobą kilka słabszych startów z rzędu, to pewność siebie wyraźnie spada. Wtedy potrzebujesz paru dni, by oczyścić umysł, poczuć się lepiej i być gotowym na kolejne wyzwania. Ja niestety nie miałem czasu na tego rodzaju odpoczynek psychiczny, po którym mógłbym znów dobrze jeździć i zdobywać punkty. To właśnie był mój tegoroczny problem. Poza tym, przytrafiło mi się kilka bolesnych kontuzji w trakcie sezonu, jak chociażby poważny wypadek w Rosji czy w Toruniu. Miałem wtedy przymusową przerwę i chyba powinna ona potrwać nawet i dwa miesiące dłużej, a ja próbowałem zbyt szybko wrócić do ścigania. Mimo wszystko, miałem swoje cele chociażby w kontekście Grand Prix i bardzo zależało mi na ich realizacji. Nie mogłem wybierać sobie poszczególnych zawodów, w których będę startował, więc musiałem zdecydować się na powrót w stu procentach. Zależało mi, by pokazać na koniec sezonu, że potrafię jeździć na określonym poziomie.

Pod względem drużynowym miałeś jednak powody do zadowolenia, ponieważ utrzymaliście PGE Ekstraligę dla Speed Car Motoru Lublin na kolejny sezon…
Zgadza się. Sporo klubów i kibiców wyrokowało przed sezonem, że na pewno sobie nie poradzimy i szybko spadniemy. Dlatego jestem bardzo dumny i szczęśliwy, że utrzymaliśmy się na najwyższym poziomie na kolejny rok. Co prawda, rywalizacja o zachowanie ligowego bytu trwała praktycznie do  samego końca rozgrywek, ale podołaliśmy zadaniu. I to jest najważniejsze.