Zachęcamy do lektury rozmowy z naszym niezastąpionym stadionowym spikerem, Tomkiem Maciuszczakiem, którego głos rozbrzmiewa na stadionie przy Alejach Zygmuntowskich regularnie od sezonu 2015.

Jak bardzo nie możesz się doczekać nadchodzącego sezonu?
Ciężko to w ogóle opisać słowami. Właściwie już od kilku lat, w momencie, gdy kończy się dany sezon, to już trwa odliczanie do kolejnego. Najpierw człowiek żyje giełdą transferową, później oczekiwaniem na terminarz, a potem przygotowaniami do rozgrywek. I kiedy faktycznie czuć już nadejście nowego sezonu, pozytywne nerwy i wyczekiwanie stają się codziennością.

Żużlowcy pracują obecnie nad sprzętem i formą. A czy ty przygotowujesz swoje gardło do nowego sezonu?Nie. Natomiast staram się unikać sytuacji, w których mógłbym mieć problemy zdrowotne. Mam tę świadomość, że pracuje głosem i musi on brzmieć we właściwy sposób, ale żadnych specjalnych przygotowań nie czynie.

Jakie są twoje zadania jako spikera? Kiedy pojawiasz się na stadionie w dniu meczowym i co wówczas robisz?
Staram się być na stadionie odpowiednio wcześnie, by w momencie otwarcia bram na dwie godziny przed rozpoczęciem meczu, być już w gotowości. Gdy przybywam na zawody, to muszę przygotować mikrofon, wykonać jego próby, sprawdzić scenariusz, czy potwierdzić składy. Później obie drużyny wychodzą na obchód, są próby toru, losowanie zestawów par. Do rozpoczęcia prezentacji jest więc co robić.

Jesteś znany z głośnego zachęcania kibiców do dopingu. Ile zazwyczaj trwa regeneracja twojego gardła po meczu na stadionie przy Alejach Zygmuntowskich?
To pytanie słyszę po meczach bardzo często. Różnie z tym bywa. Przytoczę tu pewne historie. Przed domowym starciem poprzedniego sezonu z forBET Włókniarzem Częstochowa miałem świadomość, że muszę trochę oszczędzać się na meczu, bo spotkanie odbywało się w piątek, a nazajutrz prowadziłem imprezę jako konferansjer. Z tyłu głowy miałem więc, żeby przesadnie nie zdzierać gardła, bo na drugi dzień muszę pracować głosem. Jednak gdy Grigorij Łaguta wraz z Mikkelem Michelsenem dokonali cudu w 15. biegu, wygrywając 5:1 i dowożąc remis, w który niewielu na stadionie wierzyło, to emocje wzięły górę. Trudno, żeby było inaczej, bo na stadionie była taka wrzawa, że i tak prawie nie było mnie słychać. Po meczu wpadłem do apteki i chrypiąc poprosiłem o „coś, dzięki czemu jutro będę mógł mówić”. Dostałem tabletki, których wcześniej nie znałem, za to na drugi dzień nie było śladu po chrypie. Myślę, że będą przydatne w nadchodzącym sezonie (śmiech). Zazwyczaj potrzebuje około dwóch-trzech dni, by mój głos po meczu wrócił do normy. Pamiętam zabawną sytuację po inauguracji ubiegłego sezonu z GKM Grudziądz. Nazajutrz poszedłem służbowo na konferencję prasową jednego z polityków, bo takimi sprawami się na co dzień zajmuję, pracując w Dzienniku Wschodnim. Starałem się nie odzywać, bo mój głos nie nadawał się do rozmów w takich okolicznościach. Ku mojemu zdziwieniu, na samym początku konferencji pan polityk dosłownie wydusił z siebie zdanie: “przepraszam państwa za mój głos, ale wczoraj był żużel”. A to oznacza, że nie tylko ja tracę głos na meczach. I choć może to mnie najgłośniej słychać, ale gardła zdziera 10 tysięcy ludzi. Pamiętam, że spore problemy z regeneracją głosową miałem pod koniec sezonu 2017, gdy w piątek odbywał się odwoływany wcześniej dwukrotnie półfinał play-off z Ostrovią Ostrów Wielkopolski, a w niedzielę finał ze Startem Gniezno. Tamte mecze zostaną w mojej pamięci na długo również z tego względu, że wówczas zaczęło się zjawisko, które obserwowaliśmy także w 2018 I 2019 roku. Stadion wypełniał się po brzegi i cały kipiał emocjami. Gdy po raz pierwszy przed prezentacją zespołów wyszedłem na murawę i zobaczyłem pełny stadion, to po prostu mnie zatkało. Do tej pory mówiąc o tamtej sytuacji mam ciarki na plecach.

Od stycznia prowadzisz dla Lubelska. tv „Magazyn żużlowy #16 bieg”. W jakich okolicznościach wziąłeś udział w tym projekcie?
Z zawodu jestem dziennikarzem i kilka lat temu miałem okazję komentować w nieistniejącej już telewizji internetowej pionierskie transmisje żużlowe z rozgrywek pierwszoligowych. Natomiast w ostatnim czasie byłem z boku speedwaya z punktu widzenia dziennikarskiego i ograniczałem się do roli spikera stadionowego. Niedawno jednak otrzymałem pytanie, czy byłbym zainteresowany prowadzeniem takiego programu i postanowiłem spróbować. To dla mnie ciekawe wyzwanie i jednocześnie możliwość łączenia pracy zawodowej z pasją. To świetne rozwiązanie, bo nie traktuje tego jak chodzenia do pracy, tylko po prostu spędzania czasu na rozmowach o żużlu w ciekawym towarzystwie. I to mnie cieszy. Prowadzenie tego programu pomoże mi lepiej poznać zawodników i osoby związane z klubem oraz dowiedzieć się wielu ciekawostek. To też może być wykorzystywane w roli spikera. Choć generalnie nie jestem typem gawędziarza w trakcie meczu, tylko bardziej staram się zachęcać do dopingu i potęgować emocje.

Jak oceniasz szanse Motoru na play-offy w nadchodzącym sezonie?
Wiadomo, że mój wkład w wynik jest żaden, bo jestem od dbania o atmosferę na stadionie, a nie od jazdy. Warto jednak zaznaczyć, że ta drużyna przyzwyczaiła nas do tego, że walczy do końca, nie odpuszcza i nigdy nie podporządkowuje się temu, co mówią eksperci. Tak było w 2017 roku w II lidze, gdy nikt nie dawał nam szans w barażach ze Stalą Rzeszów. Tak było też rok później przed rewanżem w finale Nice I ligi z ROW-em Rybnik, gdy wydawało się, że strata z pierwszego meczu jest nie do odrobienia. Tak było również przed rozpoczęciem ubiegłego sezonu, kiedy niektórzy przepowiadali, że Motor nie wygra nawet jednego meczu. W każdym z tych trzech przypadków stało się zupełnie inaczej. Dlatego – jako niepoprawny optymista – wierzę, że teraz też będzie dobrze.